Dawno temu, w dolinie rzeki San osiadła się nieznana społeczność, której kultura ludowa po obecne czasy nie została w pełni odkryta i opisana. Dolinianie to najbardziej tajemnicza grupa etnograficzna z rejonu Karpat. Badacze tłumaczą, że wynika to z ich położenia geograficznego. Jeszcze przed II wojną światową ludność ta została włączona do miast, tworzących się wokół wsi. Dodatkowo wydarzenia wojenne sprawiły, że wiele zapisów oraz pamiątek historycznych uległo zniszczeniu. Na przestrzeni lat udało się jednak odtworzyć ogólny obraz tej społeczności, dzięki czemu ich przeszłość i legendy nie zostały zapomniane. Zabieramy Was w podróż do czasów, gdy nie było Internetu, smartfonów ani portali społecznościowych, a pierwsze skrzypce w codzienności grała przyroda i jej kaprysy. Gotowi?

Dolinianie wykształcili się z potomków XIV- i XV-wiecznych osadników polskich, niemieckich oraz ruskich. Przenikanie się tych trzech społeczeństw, a co za tym idzie trzech kultur, doprowadziło do pomieszania tradycji zarówno tej dotyczącej codzienności, jak i obrzędów czy wierzeń. Zajmowali Doły Jasielsko-Sanockie, Pogórze Przemyskie, Pogórze Bukowskie, Pogórze Leskie i Góry Sanocko-Turczańskie. Wschodnia granica była dość niejednoznaczna, a zachodnia biegła szczytami poszczególnych pasm, wzdłuż lewego brzegu Sanu.

Zróżnicowana była również kwestia wiary. Zamieszkiwane przez nich tereny gromadziły wyznawców kościoła zarówno rzymsko, jak i grekokatolickiego. Ludzie na ogół mieli gościnne i otwarte usposobienie, dlatego dopuszczano do małżeństw pomiędzy wyznawcami różnych religii, co także przełożyło się na wiele nieścisłości związanych z odtwarzaniem ich obrzędów. Wynikało to z faktu, iż każda z rodzin chciała wprowadzić w życie własne nawyki. Interesująca była ponadto kwestia kalendarza dwóch wyznań – kalendarz grekokatolików jest przesunięty o 13 dni w stosunku do katolików, co skutkowało tym, że niektóre święta obchodzono dwa razy.

Ciekawi Was jak bardzo różniło się ich życie od tego, które znamy z własnego doświadczenia? Dolinianie żyli w czasach, w których położenie geograficzne określało standard i łatwość życia codziennego ludzi. Ich wsie położone były z daleka od pastwisk i lasów, co wykluczało zajmowanie się hodowlą bydła i pracą przy wyrębie drzewa, czym często trudzili się mieszkańcy innych wiosek. Lokalizacja jednak dawała im inne dobrodziejstwa. Ziemia, na której mieszkali była bardzo żyzna, dlatego naturalnym zajęciem Dolinian stała się praca na roli. Sadzono głównie rośliny zbożowe, takie jak: żyto, owies, pszenicę i jęczmień, a także ziemniaki oraz rzepę. Ich kuchnia zawsze bogata była także w kapustę, groch, buraki, bób, marchew czy ogórki. Niektóre z produktów – na przykład cebulę i czosnek – sprzedawano na okolicznych jarmarkach. Urodzajne gleby dawały im handlową przewagę nad innymi miejscowościami. Na własny użytek hodowali także krowy, świnie, konie oraz kury, kaczki i gęsi. Okres żniw był dla nich czasem „być albo nie być”, ponieważ to od tych plonów zależała jakość życia całego następnego roku mieszkańców danej wsi.

Oprócz pracy na roli, zajmowano się także produkcją wyrobów drewnianych, które sprzedawano później na targach. Spod rąk rzemieślników wychodziły zarówno łyżki, stolnice, koryta dla świń, jak i zabawki dla dzieci. Obecnie trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie w takim trybie. Niezależnie od pory roku możemy odwiedzić okoliczny sklep i zakupić w nim niemal każdy produkt. Historia pokazuje jednak, że człowiek doskonale odnajdował się w rzeczywistości nawet bez tych „rarytasów”, które dla współczesnego są na porządku dziennym.

Narodziny, życie i śmierć oczami Dolinian

Z uwagi na wcześniej wspomnianą już rozbieżność pomiędzy kalendarzami liturgicznymi, obrzędowość Dolinian była niezwykle różnorodna, a każda okolica obchodziła święta i uroczystości w całkowicie inny sposób. W ich kulturze nie brakuje także licznych wierzeń czy przesądów. Jedne z ciekawszych dotyczą narodzin oraz śmierci człowieka, a także zaślubin i wesela.

Po przyjściu noworodka na świat, za niezbędną uważano rychłą wizytę rodziny i sąsiadów. Krewne, na znak swojej gotowości do opieki nad dzieckiem, przynosiły szmatki, kocyki i różne inne tkaniny, którymi można było go okryć przed zimnem. Przy chrzcie zamiast rodziców obecni byli kumowie, współcześnie nazywamy ich po prostu „rodzicami chrzestnymi”. Dziecko ubierane było w becik, który wykonany był z piór pierzyny z nocy poślubnej matki. Jako prezenty zwykle przynoszono rzeczy przydatne, takie jak jedzenie, ubrania lub przyrządy codziennego użytku.

Na wspomnienie zasługuje także obrzęd związany z zaślubinami. Zanim w ogóle doszło do organizacji wesela musiały odbyć się zmówiny, sfaszczyny, następnie zaręczyny i „chodzenie po wilku”. To ostatnie oznaczało wędrówkę przyszłej panny młodej od drzwi do drzwi sąsiednich domostw, w celu uzyskania błogosławieństwa od tych, którzy nie zostali zaproszeni na wesele. Podczas biesiad wykonywano regionalne przyśpiewki, których melodię podgrywał lokalny zespół. Jeśli chodzi o jedzenie, na stole królowały kanapki, a jeśli rodzina była zamożna podawano gulasz. Dolinianie najczęściej raczyli się samogonem, czyli wysokoprocentowym alkoholem wyrabianym w domu. Za podawanie trunków odpowiedzialny był „dymotarz”, którego współczesnym odpowiednikiem jest „drużba”. Elementem, który funkcjonuje na weselach do dziś jest przygotowywanie „wiejskiego stołu”, czyli oddzielnej ławy, na której znajdują się tradycyjne przysmaki, takie jak wędliny, smalec, sery czy inne domowe przetwory.

Swoje obrzędy Dolinianie mieli także przy okazji pogrzebu. Po śmierci domownika, rodzina trzymała w domu ciało zmarłego przez trzy dni. Był to dla nich czas poświęcany na czuwania i modlitwy. Nie było w zwyczaju stawiania przy trumnie kwiatów, a jedynie zapalone świece. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyli wszyscy mieszkańcy wsi – zażyłość relacji ze zmarłym nie miała w tym wypadku znaczenia.

Jaką legendę kryje w sobie cerkiew w Uluczu?

Jedna z popularniejszych przypowieści dotyczy budowy cerkwi w miejscowości Ulucz. Przed jej wzniesieniem potrzebne materiały zgromadzono pod zupełnie inną górą niż obecnie można ją odwiedzić. Legendy głoszą, że jakaś „magiczna siła” trzy razy przenosiła nocą budulec w zupełnie miejsce, a dokładnie na szczyt góry Dubnyk. Ostatecznie uznano, że to sam Bóg daje ludziom znaki i że świątynia powinna powstać właśnie tam. W pierwotnej lokalizacji cerkwi stoi obecnie jedynie symboliczna kapliczka. Inna legenda głosi natomiast, że ze stoków góry płynęła kiedyś cudowna woda, która miała uzdrawiające moce. Był nawet czas, że w miejsce jej źródła wybierali się pielgrzymi chcący skorzystać z tych wspaniałych właściwości. Niestety współcześnie lokalizacja zbiornika wody nie jest znana, a badacze wątpią, by kiedykolwiek w ogóle istniał.

Artykuł powstał w ramach projektu EtnoCarpathia, współfinansowanego ze środków Programu Współpracy Transgranicznej Interreg V-A Polska-Słowacja 2014-2020 oraz przez Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030.

Ideą projektu jest rozwój i promocja dziedzictwa kulturowego pogranicza polsko-słowackiego.

Więcej informacji o Dolinianach i projekcie: https://etno.visitcarpathia.com/