Kędzierzyn-Koźle pod koniec II wojny światowej grał kluczową rolę na dla Niemiec. Mało osób zna historię tego miejsca, ale Niemcy zaczęli testować i produkować benzynę syntetyczną w fabryce blachy na terenie miasta. Fabryka z oczywistych przyczyn stała się celem nalotów Amerykańskich, których misją było odcięcie Niemców od paliwa i tym samym uniemożliwienie im skutecznej obrony. Na miejscu znajdowały trzy fabryki, w których pracowało aż 50 000 jeńców. Dziś cały Kędzierzyn-Koźle ma około 60 tysięcy mieszkańców, więc możecie sobie wyobrazić, na jak wielką skalę było to przedwsięwzięcie. Od lipca do grudnia 1944 odbyło się 16 nalotów, które startowały aż z północnych Włoch.

Stowarzyszenie Blechhammer 1944

Stoworzyszenie Blechhammer to z pewnością prawdziwi pasjonaci. W niepozornym domu kultury zorganizowali izbę pamięci, w której można oglądać mnóstwo pamiątek z okresu wojny – części samolotów, mundurów, przedmioty codziennego użytku. Wszystko pokazane i opowiedziane z ogromną pasją. To taki typ placówki, w której nikt się nie będzie nudził.


Trafnie do celu nie jest wcale takie proste, składa się na to wiele czynników. Białe kropeczki na mapach lotniczych to miejsce, gdzie rzeczywiście wylądowały pociski. Niestety, w atakach często ginęli jeńcy, którzy nie mieli możliwości ukrycia się. Jako tytułowe zdjęcie do artykułu widzicie amerykański samolot w ogniu. Byłam pewna, że załoga zginęła, jednak aż 5 osób uratowało się z samolotu i przeżyło wojnę. W trakcie nalotów zginęło 135 Amerykanów, 120 ciał zostało odnalezionych. Niesamowite jest to, że Amerykanie od lat regularnie przyjeżdżają i szukają ciał pozostałej, zaginionej piętnastki. Prawdopodobnie natrafiono obecnie na ślad jednego z nich, niestety pandemia zablokowała chwilowo działania w tej sprawie. Rodzina jednego z zaginionych, Artura Lindella w ramach wdzięczności za działania stowarzyszenia przekazała do muzeum jego mundur oraz purpurowe serce. Jest to odznaczenie, przyznawane od czasów Jerzego Waszyngtona amerykańskim żołnierzom, którzy zostaną ranni lub zginą na froncie.

Schron

Sto metrów od domu kultury, znajduje się schron przeciwlotniczy Salzgitter. Precyzyjni Niemcy zaprojektowali schrony, które mieściły dokładnie 99 osób. Strop zbudowany z żelbetonu miał ponad 2 metra grubości, dzięki czemu bez problemu wytrzymywał trafiania bombami, którymi dysponowali Amerykanie. Wnętrze było wyłożone deskami, ponieważ beton przy uderzeniu bomby odpryskiwał i mógłby ranić osoby wewnątrz. Takich schronów było 20, były budowane przez 3 miesiące przez 24 godziny na dobę. Wnętrze pomalowane było farbą fluorescencyjną, żeby w razie braku zasilania nie zapadła ciemność, część farby się zachowała i świeci do dziś. Pomimo ogromnego tempa pracy, zadbano o każdy detal, nawet o drzwi, które można było otwierać na kilka sposobów. Na wypadek, jakby na dole lub u góry leżał niemożliwy do odsunięcia gruz, można było je rozdzielić na części. Obecnie  środku znajduje się wystawa przedstawiająca historię Blechhammer.

Po wojnie Rosjanie rozbroili fabrykę, zdemontowali wszystko, co się da i wywieźli na wschód. Z blachowni wywieziono na PONAD 9 tysięcy wagonów, dla mnie jest to aż ciężkie do wyobrażenia. Większość z tego sprzętu nigdy nie została użyta, przetopiono go na inne potrzebne wtedy rzeczy. Jeśli planujecie wybrać się dla Blechhammer, to niezbędne informacje znajdziecie na stronie stowarzyszenia. Dla mnie był to jeden z najciekawszych punktów na Opolszczyźnie.

Na zwiedzanie nietypowych miejsc zaprosiła mnie Opolska Regionalna Organizacja Turystyczna w ramach projektu Dziedzictwo Kulturowe i Przyrodnicze dla rozwoju pogranicza polsko-czeskiego “Wspólne Dziedzictwo”.

Oczywiście zapraszam do śledzenia na bieżąco moich podróży na INSTAGRAMIE.

Komentarze

komentarzy